Ostatnio widzieliście – czytaliście u mnie na blogu sporo o Liderze bez zbroi, ale dziś to ja zdejmuję zbroję całkowicie i pokazuję Wam zaplecze.
Mój kalendarz pęka w szwach. Między jedną a drugą sesją coachingu a warsztatem dla managerów czy handlowców, moje biurko nie wygląda jak z katalogu. To stosy notatek, teczki z ćwiczeniami, kubek z wystygniętą kawą i otwartych minimum 15 kart w przeglądarce.
Tak, korzystam z AI. Pomaga mi porządkować myśli, generować struktury czy analizować dane. Ale AI nie zastąpi tego, co w mojej pracy najważniejsze czyli uważności na drugiego człowieka.
Moi klienci nie przychodzą do mnie po algorytm.
Moi klienci szukają
- Zrozumienia, którego nie da się zaprogramować.
- Indywidualnego podejścia, które rodzi się w ciszy między pytaniem a odpowiedzią.
- Człowieka, który poczuje ich emocje, a nie tylko przeanalizuje fakty.
To wsparcie ma jednak swoją cenę.
Bycie „całą sobą dla kogoś” przez kilka, a czasem i kilkanaście godzin dziennie to ogromny wydatek energetyczny. Bywają dni, gdy po prostu czuję przemęczenie. I wiecie co? Nie piszę tego, żeby narzekać.
Piszę to, bo to przemęczenie jest dowodem na to, że wkładam w to serce.
Że nie działam na autopilocie.
Że każdy proces z moimi klientami jest dla mnie tak samo ważny.
Dlatego uczę się, często na nowo, że czas dla siebie, spacer bez telefonu czy moment odcięcia, to nie luksus, to mój warsztat pracy. Bo żeby dawać siłę innym, muszę ją najpierw mieć w sobie.
A jak wyglądają kulisy Twojej pracy, gdy znikają filtry?
Robisz miejsce na bycie po prostu człowiekiem, czy starasz się być robotem?


Najnowsze komentarze